piątek, 6 lipca 2018, 10:52

Tomasz Brzyski: Chciałem wrócić w rodzinne strony i pomóc Motorowi


Tomasz Brzyski ma 36 lat, ale nadal prezentuje wysoką formę. W minionym sezonie zagrał w 29 meczach Ekstraklasy. Sandecja Nowy Sącz chciała zatrzymać go w swoich szeregach, ale on – mimo innych ofert z wyższych lig – wolał wrócić do rodzinnego Lublina. – Zawsze chciałem to zrobić – przyznaje nowy lewy obrońca Motoru Lublin.

Mogłeś trafić do Motoru już rok temu, przed podpisaniem kontraktu z Sandecją Nowy Sącz. Dlaczego wtedy transfer nie wypalił?
To prawda, spotkałem się z prezesem, porozmawialiśmy, ale zdecydowałem, że jest za wcześnie na powrót. Postanowiłem, że pogram jeszcze wyżej. Przemawiała przeze mnie ambicja, chciałem dobić do liczby 300 występów w Ekstraklasie. Szkoda, że się nie udało, licznik zatrzymał się na 298 spotkaniach. Zaważyły też sprawy rodzinne. Przed rokiem mój syn chodził do przedszkola. Nie wiedziałem, jak potoczy się moja kariera, czy nie będę musiał jeszcze się przeprowadzać. Chcieliśmy oszczędzić mu zmiany otoczenia, czy później szkoły. Teraz idzie do pierwszej klasy i to odpowiedni moment, żeby na stałe wrócić do rodzinnego miasta. Zawsze chciałem to zrobić, buduję nawet dom, do którego we wrześniu się wprowadzimy. Dlatego, choć od miesiąca nie miałem klubu, to miałem co robić!

Motor musiał konkurować o ciebie z klubami z wyższych lig?
Tak, miałem oferty z pierwszej ligi, a także z ligowego rywala Motoru, Stali Rzeszów. Była też opcja, żeby zostać na kolejny sezon w Nowym Sączu. Nie brałem tych możliwości pod uwagę. Byłem pewny, że chcę wrócić w rodzinne strony i pomóc Motorowi.

Kto pod koniec lat 90. był większą gwiazdą w szatni Lublinianki – Tomasz Brzyski czy Mariusz Sawa?
(śmiech) Oczywiście Mariusz Sawa. Grając wówczas w czwartoligowej Lubliniance byłem młodym zawodnikiem, dopiero wchodzącym do seniorskiej piłki. Nawet nie spodziewałem się, że moja kariera może tak się potoczyć. Sawa miał już duże doświadczenie, kilka lat gry na poziomie. Ja z kolei chyba byłem jeszcze trochę przestraszony tego wszystkiego. Dlatego też bardzo dziękuję ludziom, którzy byli wtedy ze mną w klubie, w drużynie i wskazali mi właściwą drogę.

Na przykład trenerowi Markowi Wawerowi? (znanemu trenerowi, wychowawcy młodzieży z Lublina – red.)
Tak, to była pierwsza postać, która „coś” we mnie zobaczyła. Trener chciał, żebym zaistniał. Widział we mnie zawodnika, który jest w stanie grać w piłkę gdzieś wyżej niż tylko na Lubelszczyźnie. Zarabiać w ten sposób na życie.

Podobno lubisz trzymać się z młodszymi zawodnikami. W Motorze chyba nie będziesz miał dużego wyboru, bo kadra ma być naszpikowana młodzieżą.
Staram się dużo pomagać młodym chłopakom, bo ja też swoje przeżyłem. Gram w piłkę ponad 16 lat. Chcę przygotować ich do gry tak, jak przygotowywali mnie koledzy z Lublinianki. Kiedyś myślałem, że krzyczenie, wywieranie presji – ale w pozytywnym sensie – jest złe. Po latach już wiem, dlaczego i po co to robili. Chcieli, żebym potrafił poradzić sobie z „ciśnieniem” w poważnym graniu. Dlatego czy w Legii czy w Polonii starałem się być blisko młodych zawodników. Uważam, że to pomaga nie tylko w piłce, to też szkoła życia, wychowanie.

Jeżeli w Motorze chłopaki będą chcieli słuchać, to chętnie pokażę im jak wzbić się na wyższy poziom, pokonywać kolejne szczeble. Bo ze mną tak było – przeszedłem z czwartej do trzeciej ligi, potem z trzeciej do pierwszej i z pierwszej do Ekstraklasy. Wiem jak osiągnąć cel, bo sam spełniłem swoje marzenie, jakim była dla mnie gra w Ekstraklasie.

Udało ci się zajść dalej niż zakładałeś?
Dokładnie, zadebiutowałem w reprezentacji, zagrałem w eliminacjach Ligi Mistrzów, wystąpiłem w 20 meczach Ligi Europy. Zdobyłem więc też doświadczenie na europejskim poziomie.

Po ogłoszeniu Twojego transferu pojawiły się głównie pozytywne głosy, ale niektórzy kibice zastanawiali się jak poradzisz sobie fizycznie. W piłce nożnej 36 lat to dla większości graczy już wiek emerytalny. No więc jak forma?
Zawsze byłem dobrze przygotowany fizycznie. Dużo biegałem, byłem waleczny na boisku. Dlatego się o nią nie martwię. Oby tylko nadal omijały mnie kontuzje. Na szczęście moja kariera przebiegała tak, że jak dotąd nie miałem poważnych urazów, problemów ze stawami czy kolanami. Mam wytrzymały organizm i liczę, że tak zostanie już do końca mojej kariery.

W każdym klubie – czy w Polonii, czy w Legii, czy w Ruchu – nikt nigdy nie miał do mnie pretensji o zaangażowanie w meczu. Zawsze daję z siebie wszystko. W Chorzowie zostałem nawet wybrany najlepszym zawodnikiem sezonu. Pamiętam, że czułem się wtedy bardzo doceniony. To miłe, gdy kibice przychodzący na stadion widzą twoje zaangażowanie, ciężką pracę, którą wykonujesz w meczu i na treningach. Moi trenerzy też podkreślali, że jestem pracowity. Tak jest nadal.

Grając „w rozjazdach” obserwowałeś co dzieje się w lubelskiej piłce?
Tak, teraz wystarczy włączyć Internet, chwilę poszperać i wszystko wiesz. Sprawdzałem na którym miejscu, z jakimi wynikami jest Motor, Lublinianka czy Avia Świdnik. Obserwowałem sytuację, ale wiadomo, że niestety naszym drużynom za dobrze nie szło.

Jak z perspektywy zawodnika, który widział od wewnątrz piłkę na najwyższym, krajowym poziomie, oceniasz zmiany, które w ostatnich latach zaszły w Motorze?
Dzieje się na plus. Powstał piękny stadion, a to przyciąga kibiców. Szkoda tylko, że nie udało się awansować, bo klub zasłużył na miejsce wyżej. Motor zyskał też wiele marketingowo, w czym pomogło przyjście prezesa. Prezes pracował już z kilkoma klubami, jako dziennikarz był też przy Ekstraklasie, komentował mecze w Orange Sport. Jeździł po kraju i widział co dzieje się w klubach. Uczył się piłki i teraz przekazuje tę wiedzę Motorowi. Moim zdaniem się udaje.

Komentarze