środa, 17 października 2018, 13:04

Bronisław Waligóra: Motor może osiągnąć to co Widzew (CZĘŚĆ 1)

– W latach osiemdziesiątych stadion na meczach Motoru Lublin był wypełniony. Z całą pewnością te czasy mogą wrócić – mówi w pierwszej części wywiadu z motorlublin.eu Bronisław Waligóra, legendarny trener żółto-biało-niebieskich, który w 1980 roku wywalczył z drużyną pierwszy w historii klubu awans do Ekstraklasy.

Jeszcze w minionym sezonie najchętniej oglądaną drużyną w III lidze był Widzew Łódź, którego stadion regularnie odwiedzało kilkanaście tysięcy kibiców. Wiele lat temu był pan trenerem Widzewa. Skąd wziął się jego obecny fenomen?

To jest fenomen nie tylko w Polsce, w Europie, ale i na świecie, żeby w czwartej klasie rozgrywkowej zespół miał taką frekwencję. 17-18 tysięcy ludzi, to jest niespotykane. Moim zdaniem Widzew bazuje w obecnej chwili na swojej przeszłości i tu szukałbym przyczyn jego dobrej kondycji. To był kiedyś wielki zespół. Pracowałem w Łodzi trzykrotnie, spędziłem tam łącznie sześć lat. Graliśmy w pucharach europejskich, zdobyłem w roku 1985/86 Puchar Polski, jedyny w historii klubu. Publika to pamięta i tęskni za tymi czasami, dlatego chce ponieść zawodników i wypełnia trybuny, skanduje przez całym mecz. Każdy zespół, który wychodzi na stadion Widzewa, widzi kibiców i ma dreszcze. Za taką frekwencją idą pieniądze, a bez pieniędzy trudno jest zaistnieć w piłce nożnej. Trzeba mieć odpowiednich zawodników, sprowadzić ich, zabezpieczyć im byt. Sprawy finansowe są bardzo istotne. Dlatego wydaje mi się, że w ciągu dwóch lat Widzew znajdzie się w Ekstraklasie. A przecież niedawno miał problemy nawet w III lidze. Zmobilizował się w ostatnim meczu i postawił „kropkę nad i”.

Po awansie łódzkiej drużyny to Motor Lublin przejął pałeczkę najbardziej znanej marki na poziomie III ligi. Myśli pan, że przypadek Widzewa można w jakimś stopniu odnieść do Motoru?

Z całą pewnością. Kiedy byłem tu trenerem w latach osiemdziesiątych, kiedy udało się nam awansować po raz pierwszy do Ekstraklasy, w Lublinie było podobnie, jak obecnie w Łodzi. To były wprawdzie trochę inne okoliczności, wtenczas panowała w Polsce tak zwana „komuna”. Wielkim zwolennikiem piłki nożnej i Motoru był jeden z pierwszych sekretarzy w Lublinie, to był pan Władysław Kruk. Doskonale go pamiętam, przychodził z całą rodziną na mecz. Wtedy na boisku na Alejach Zygmuntowskich stadion był wypełniony co mecz – i nie tylko! Ludzie siedzieli na drzewach, na dachach okolicznych budynków. Nieraz oglądało nas nawet 25-30 tys. kibiców, coś pięknego!

Dziś są inne czasy, ale mamy przecież piękny stadion, piękne warunki, jakich za mojej kadencji nie było. Dla rozwoju piłkarzy jest tu wszystko. A kiedy my trenowaliśmy, to było główne boisko na stadionie, a ćwiczenia mieliśmy na ul. Kresowej. Jeśli chodzi o kwestie związane z wytrzymałością, to po prostu biegaliśmy na ulicach, w parkach. Dlatego sądzę, że dysponując obecnym zapleczem jesteśmy w stanie osiągnąć to, co Widzew.

Najpierw trzeba jednak postawić pierwszy krok i awansować do II ligi. Tam będzie grało się już zdecydowanie łatwiej. Ogląda pan nasze mecze – myśli pan, że zespół jest w stanie osiągnąć sukces już w bieżącym sezonie?

Tak, choć chciałbym widzieć w naszej drużynie jeszcze dwóch zawodników. Pierwszym jest gracz do drugiej linii, rozgrywający, który ma dobry przegląd sytuacji. Drugim skuteczny napastnik. Cieszę się, że mamy dwóch dojrzałych zawodników, Grzegorza Bonina i Tomasza Brzyskiego. To piłkarze z dużym doświadczeniem i umiejętnościami. Jeśli oni będą kreowali naszą grę, to jestem spokojny. Bonin jeszcze tego nie robi, ale chciałbym zauważyć, że on nie otrzymuje piłek. Proszę zwrócić uwagę, jak potrafi przyjąć, ustawić piłkę, strzelić z trudnej pozycji. Jego stać na dobrą grę pod każdym względem i wierzę, że tak będzie grał!

Poruszył pan kwestię transferów. Jak wyglądało to za pana czasów w Motorze, jak sprowadzało się graczy?

Kiedy przyszedłem do Motoru w styczniu 1979 roku, miałem do dyspozycji zespół, który nie mógł kilka lat awansować, to był zespół wyeksploatowany, pełen zawodników ponad trzydziestoletnich. Powiedziałem zarządowi tak: „niczego nie obiecuję i potrzebuję pół roku na zapoznanie się z tym jakich mamy piłkarzy. Żadnych zmian zimą!”. Latem zlikwidowałem ośmiu graczy. Miałem kolegę, kierownika drużyny, który jeździł szukać nowych po całej Polsce. Kazałem mu ściągać tu tylko i wyłącznie piłkarzy trzecioligowych, żadnych z I, II ligi! To byłoby kosztowne, a w okresie komuny nie mieliśmy pieniędzy, ludzi trzeba było skusić do gry w inny sposób. I przyszedł do nas Chaberek, Kowalski, Lorenz, Świętek – wszyscy z III ligi! Ci młodzi chłopcy chcieli coś osiągnąć. Młodzi, więc dyscyplina musiała być niesamowita.

Zawsze byłem oceniany jako trener kontrowersyjny. Byłem bezwzględny w stosunku do zawodników. Mówiłem im: „ja ci płacę, masz żonę, dzieci. Szanuj rodzinę, szanuj klub!”. Zwracałem uwagę na wszystko, pod każdym względem, bo trener musi być też psychologiem, pedagogiem. A zespół musi mieć respekt do trenera.

No to nie było lekko grać u Waligóry!

A jakże! Proszę pana, u mnie, jak tydzień miał siedem dni, to my mieliśmy w tym czasie co najmniej 10 do 12 treningów! Rano mieliśmy treningi trudniejsze, wytrzymałościowe, na wymęczenie zawodnika, aby potrafił potem z pełnym zaangażowaniem przebiegać cały mecz. Potem jedliśmy wspólnie posiłki, jeździliśmy po najlepszych restauracjach w Lublinie! Przed drugim treningiem kto chciał, szedł na masaż albo odpoczywał w pokoju i znowu wychodziliśmy na boisko. Na drugich zajęciach ćwiczyliśmy technikę, taktykę, wypracowywaliśmy sobie rzuty rożne, rzuty wolne.

Powiedział pan wcześniej, że zawodnicy musieli szanować klub. Co to oznacza? Jak egzekwował pan „respekt do klubu”?

W drużynie tyle ilu jest zawodników, tyle ma pan różnych charakterów. O różnej psychice, mentalności. Piłkarz to tylko człowiek. Młodzi ludzie lubią wyjść z domu, zabawić się, napić się alkoholu. Miałem zawodników, którzy chętnie używali alkohol, ale tępiłem to. Był jeden, który był, można powiedzieć pół-alkoholikiem, a strzelał bramki w Ekstraklasie. Często go pilnowałem, rozmawiałem z żoną, ona też go „krótko trzymała”. Miał jednak taki wypadek – zadzwoniła do mnie policja, żebym po niego przyjechał. Przestraszyłem się, wsiadłem w auto i popędziłem. Na miejscu funkcjonariusz opowiada mi, że złapali go jak jechał „zygzakiem” w maluchu. Zatrzymali samochód, otworzyli drzwi, a on po prostu wypadł na drogę! To był czwartek, a w sobotę graliśmy bardzo ważny mecz. Zabrałem delikwenta na stadion na Alejach Zygmuntowskich. Wrzuciłem go do sauny, nastawiłem na 120 stopni i kazałem siedzieć 15 minut. Pilnował go masażysta i nie pozwalał wyjść. Ja musiałem pojechać jeszcze na policję, jak wróciłem – facet „dętka”. A za dwa dni gramy trudny mecz! Zatargaliśmy go więc do pokoju hotelowego na stadionie, zamknęliśmy na klucz i siedział tam dwa dni. Donosiliśmy mu tylko jedzenie. I jak pan myśli, alkohol pomaga, czy przeszkadza w uprawianiu piłki nożnej?

Przeszkadza, ale coś czuję, że mnie pan zaskoczy.

W sobotę strzelił dwie bramki, walnął do siatki dwa razy głową! Piłkarze to są różne charaktery, różne organizmy. Zdarzają się tacy, co lubią zajrzeć do kieliszka. Był jeszcze jeden, środkowy obrońca. Mieszkał niedaleko mnie. Lubił wyjść do restauracji „na drinka”. I był taki moment, że musiałem siedzieć w samochodzie pod jego domem i obserwować, czy go gdzieś nie niesie. Jak się pokazywał, to był kop w… tyłek, za kołnierz go i do domu: „nie ma cię, nie chcę cię tu widzieć, wracasz do żony i siedzisz tu aż do soboty! A jak uciekniesz, to ci zabiorę premię!”. I to działało.

A co na to kibice? Pomagali w „kontroli”?

Nieraz otrzymywałem telefon: „Kalinowszczyzna. Dwóch. Alkohol i dziewczyny. Trener przyjeżdża”. A jutro mecz! No i co, trzeba było wsiadać w samochód i jechać. Jakoś musiałem to wytrzymywać, bo część z nich to byli naprawdę bardzo wartościowi zawodnicy. Dziś ktoś by powiedział – to trzeba było ich wyrzucić i brać następnych. Jednak wtedy nie mieliśmy takich możliwości. Oni strzelali bramki, dla nich na stadion przychodziła publika, radowała się. Tak jak mówiłem, piłkarze to tylko ludzie, różne organizmy i różne charaktery. Trzeba być psychologiem, pilnować, ale i nie karać aż nadto.

KONIEC CZ. 1

Komentarze