środa, 31 października 2018, 16:21

Bronisław Waligóra: Zawsze chciałem być… naukowcem! (CZĘŚĆ 2)


– Przygotowywałem się do zdawania egzaminu doktorskiego, który miałem mieć już lada moment. I wtedy na Widzew namówił mnie Boniek! – opowiada w drugiej części wywiadu trener Bronisław Waligóra, były szkoleniowiec Motoru Lublin, który w 1980 roku wprowadził żółto-biało-niebieskich do ekstraklasy.

Rozmowa z trenerem Bronisławem Waligórą – część 1.

Co sądzi pan o zatrudnieniu na stanowisko trenera Motoru Lublin pana Roberta Góralczyka?

Jako fachowca go nie znam. Wiem tylko tyle, ile wyczytałem w mediach. Warto jednak podkreślić, że jest jeszcze młody, ma dopiero 44 lata i wszystko przed nim. Jest jego jedna istotna, dodatnia cecha. Był asystentem Adama Nawałki. Pracował w reprezentacji Polski, z najlepszymi zawodnikami w kraju. Dzięki temu na pewno bardzo wiele się nauczył, więc powinien być człowiekiem pożytecznym dla klubu.

Zawodnicy patrzą na to z jakimi nazwiskami pracował wcześniej trener?

Z całą pewnością. Każdy gracz powinien przyjąć takiego szkoleniowca jak Góralczyk w dobrej wierze, w dobrej chęci. Ufając, że go poprowadzi, i że nauczy się czegoś, co potrafią ci najlepsi. I jestem przekonany, że tak tutaj będzie. Moim zdaniem zatrudnienie trenera Góralczyka to bardzo dobry ruch i będę go pochwalał.

Z drugiej strony przyznam, że wierzę w naszego asystenta, Roberta Chmurę. Ten chłopak ma duże perspektywy, żeby wypłynąć, gdy zdobędzie odpowiednie uprawnienia. Trener Góralczyk jest już kolejnym, od którego może się uczyć. Myślę, że po pracy z tym szkoleniowcem, Chmura będzie mógł być już całkowicie samodzielny.

Trener Góralczyk jest Pana „krajanem” – pochodzicie z tych samych okolic, graliście w tym samym klubie…

Tak, ale to było chyba z 20 lat po mnie! (śmiech) Drużyna nazywała się 09 Mysłowice. Miałem 15 lat i grałem w pierwszym zespole. Jak Włodzimierz Lubański w Górniku Zabrze, tylko z tą różnicą, że on grał w I lidze, a ja w A klasie (śmiech). Trener Góralczyk pracował również w Stali Bielsko-Biała, gdzie i ja byłem trenerem. Fachu uczył się tam Antoni Piechniczek. Wygląda na to, że mamy wiele wspólnego!

Liczymy, że za kilka lat podobieństw będzie więcej. Ogląda pan nasze mecze, jakiej koleżeńskiej rady, jako starszy szkoleniowiec, udzieliłby pan trenerowi Góralczykowi?

Rad nie będę mu udzielał. Wydaje mi się, że ma dość dobre doświadczenie. Chciałbym mu tylko życzyć osiągnięcia awansu do II ligi. W minionych latach wyślizgiwał się on z rąk w ostatniej chwili kilkukrotnie. Patrząc na inne zespoły, którym się udało, mogę się tylko zastanawiać gdzie dziś byłby Motor. Może w pierwszej lidze?

Lata młodości spędził pan na rodzinnym Śląsku. Co wywiodło pana na drugi koniec Polski, do Torunia?

Wyjechałem na studia, uczyłem się na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika i grałem w drugiej lidze, w miejscowym Pomorzaninie. Po pięciu latach zakończyłem naukę, a panowała wtedy tak zwana „komuna” i był nakaz pracy. Przeniesiono mnie więc do Bydgoszczy, gdzie zacząłem grać w CWKS-ie. Tam dwa razy awansowałem do ekstraklasy i moja kariera nabrała rozpędu. Pamiętam, że jak wywalczyliśmy awans za pierwszym razem, to na stadionie w Bydgoszczy witało nas 25 tys. kibiców. Podczas uroczystości gratulował nam pan generał Zygmunt Huszcza, każdy zawodnik otrzymał nagrody. Wie pan jakie?

Auto? Klucze do mieszkania?

Każdy z nas dostał po tabliczce czekolady. Ale my byliśmy patriotami. Nas nie interesowały pieniądze, rzeczy materialne, tylko piłka, wiwatująca publiczność i rodzina. Dziś kontrakty są wielkie. Trenerzy, piłkarze zarabiają nawet miliony. Czasy się zmieniły.

Los przywiódł pana także na Lubelszczyznę. Kojarzy się pana głównie z Motorem Lublin, ale to nie jedyny klub z regionu, w którym pan pracował.

Jako trener spędziłem tu łącznie 10 lat. Dwa lata pracowałem w Hetmanie Zamość, ratowałem klub w II lidze. Na Lubelszczyznę powtórnie sprowadził mnie wtedy z Zawiszy obecny prezes Lubelskiego Związku Piłki Nożnej, Zbigniew Bartnik. Cztery i pół roku pracowałem też w Avii Świdnik. Po raz pierwszy w sezonie 1976/77. Na mecze chodziło wówczas mnóstwo kibiców, pracowników WSK, których było przecież 20 tysięcy. W WSK robiłem zresztą pracę doktorską!

Czyli cały czas łączył pan pracę trenerską z zawodową i naukową?

Oczywiście! Na początku, tuż po studiach, dostałem przydział do… szkoły, do ogólniaka. Prowadziłem zajęcia praktyczne z chemii, pokazywałem jak mieszać odczynniki, przygotowywałem doświadczenia. I tak przez dwa lata łączyłem to z graniem w piłkę. Niech pan sobie wyobrazi, jakie ja miałem przeboje z uczniami! Jeździłem przecież cały czas na mecze, a oni wiedzieli kim jestem. Jak była przegrana, to mi dokuczali i szeptali pod stołem: „0:2, 1:2”!

Po dwóch latach zostałem szefem działu galwanotechniki w Eltrze, zakładzie produkującym radioodbiorniki tranzystorowe eksportowane na cały świat. Miałem pod sobą 1000 ludzi! Zajmowaliśmy się kadmowaniem, cynkowaniem, srebrzeniem elementów. Cały wygląd radioodbiorników – to była moja praca. Udawało mi się to dzięki życzliwości lokalnych pierwszych sekretarzy. Kiedyś pierwszy sekretarz partii w Bydgoszczy, Józef Majchrzak, wezwał dyrektora mojego zakładu „na dywanik” i mówi tak: „Towarzyszu, towarzysz Waligóra czas pracy ma mieć nieokreślony. On ma pracować dla nas i w sporcie, i w przemyśle”. No i były takie czasy, że praktycznie nie bywałem w zakładzie, bo przecież musiałem zajmować się ekstraklasowym Zawiszą!

Co dawało panu więcej radości? Praca czy sport?

Zawsze chciałem być naukowcem. I rzeczywiście, pracowałem na dobrym stanowisku w Eltrze i rozpocząłem doktorat z galwanotechniki. Nadarzyła się jednak sytuacja, że otrzymałem ofertę z Avii Świdnik. To był 1976 rok, klub występował w II lidze. Zastanawiałem się – ale co tam jest, co ja tam będę robił? Zasięgnąłem języka i okazało się, że przecież mają tu fabrykę WSK, gdzie też był dział galwanotechniki. I to mi odpowiadało. Przyjechałem do Świdnika, trenowałem, pracowałem i jednocześnie przygotowywałem się do zdawania egzaminu doktorskiego, który miałem mieć już lada moment. I na przeszkodzie, proszę pana, stanął mi Boniek.

Boniek? Zbigniew Boniek?

Tak! Boniek i prezes Widzewa Łódź, Ludwik Sobolewski. Przyjechali do mnie i zaczęli namawiać mnie na Widzew. Klub był wtedy na samym dole tabeli, a rok wcześniej, gdy przekazałem Bońka do Łodzi z Zawiszy, zdobyli mistrzostwo Polski. Teraz grali w europejskich pucharach i trzy tygodnie po tym, jak mnie nawiedzili, zespół miał mecz z Manchesterem City w rozgrywkach UEFA. A zespół w dołku! No i Boniek mnie przekonał. Zrezygnowałem wtedy z pracy naukowej na rzecz sportu.

Wybrało serce?

Można tak powiedzieć. Nie żałuję. Sukces osiągnęliśmy niesamowity. Byliśmy pierwszym zespołem w Polsce, który pokonał wielkich Anglików. Nie udało się to nawet Górnikowi Zabrze z Pohlem, z Lubańskim. A tu Widzewowi udało się wyeliminować Manchester City! Uzyskaliśmy z nimi dwa remisy. Wynik był 2:2 w Manchesterze i 0:0 w Łodzi. Stała się historyczna rzecz! Zespół z dołu polskiej ekstraklasy wykończył drużynę z Anglii. A wie pan, jakie wisiały na mieście plakaty, jak pojechaliśmy do nich na pierwszy mecz? Anglicy pytali, czy będzie 8:0, 7:0 czy 5:0. Boniek ich zdziwił i strzelił dwie bramki. Co ja się z nim miałem!

Spędziliście razem wiele lat, zarówno w Bydgoszczy, jak i w Łodzi. Jak wspomina pan obecnego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jako podopiecznego?

Gdybym panu opowiedział co on wyprawiał jak był młody, to by panu włosy dęba stanęły! (śmiech) Potworny łobuz. Trzeba było być wobec niego bezwzględnym, trzymać nad nim bat, ale on to rozumiał. Dam panu drobny przykład. Byłem w Bydgoszczy już dość zaawansowanym zawodnikiem. Mieliśmy trening, a po treningu na bocznym boisku mecz grał zespół trampkarzy z Bońkiem w składzie. Z ciekawości zaszedłem i się trochę przyglądałem. Boniek strzelił bramkę, jednak sędzia tej bramki nie uznał. Patrzę, a ten mały, rudy biegnie i kopie sędziego w tyłek! Trener Kamiński wbiegł na boisko, złapał go tylko za te kudły i odsunął od spotkania. Boniek miał różne przeboje, był wyjątkowy. Charakter ma niesamowity. Jako młokos potrafił kierować w szatni Widzewa zawodnikami mającymi po 35, 36 lat. „Opieprzał” ich niesamowicie! I miał prawdziwy autorytet.

Komentarze